Wspomnienia z Księżycowej ulicy

Kilka lat temu, kiedy mieszkałyśmy z moją córką Zuzią w Holandii na ulicy Maanstraat (Księżycowej) - też przychodził do nas Święty Mikołaj. Jednak ten Mikołaj był inny. Egzotyczny.

Wydawałoby się, że na świecie jest tylko jeden Mikołaj, ten z Bieguna Polarnego. Najwidoczniej jednak nie. Santa z Holandii jest zdecydowanie inny i ma inne zwyczaje. Jak przystało na nowoczesnego (chociaż jego holenderska tradycja sięga średniowiecza) Mikołaja - przynosi prezenty dzień wcześniej, już 5 grudnia. I nie przychodzi, jak również nie przyjeżdża z zaprzęgiem reniferów i Rudolfem na czele. Zgodnie z niderlandzką legendą Sinterklaas przypływa żaglowcem z dalekich ciepłych mórz, aż zza dalekiej Hiszpanii.

Po Niderlandach Sinterklaas przemieszcza się na rumaku, a wór z prezentami niosą czarnoskóry asystent zwany Zwarte Piet (czarny Piotruś ...??).

Zwarte Piet sieje postrach i donosi, które dziecko było grzeczne, a które nie. Ponadto do końca nie wiadomo jaką ma orientację, bo ma kręcone włosy, maluje usta czerwoną szminką, a wszędzie rozsypuje pyszne imbirowe pierniczki. Sinterklaas jak to Święty, też ma swoje wymagania - żeby dostać prezent trzeba było wypchać swoje buty słomą i marchewką, które Sinterklaas zabierał dla swojego konia, a w zamian zostawiał słodycze … albo końskie łajno (na szczęście ..?).

Na szczęście nie trafiło nam się to drugie.

Jednak, prawdę mówiąc wolę tego 'naszego', tradycyjnego, dobrodusznego św. Mikołaja, który dyskretnie podkłada prezenty pod poduszkę lub w czerwonej czapce z białym pomponem wpada znienacka przez komin i krzyczy ho ho ho ..... :)

Udostępnij: 

Dodaj komentarz